Zgliszcza II
11 czerwca 2007
Wybijała właśnie północ Bożego Ciała, gdy mijając nie ustrojone jeszcze ołtarze na trasie corocznej procesji, wyruszałem na podbój waypointów 12. Edycji.
Na pierwszy ogień poszedł (choć, jak przekonacie się niebawem, nie jest to może najszczęśliwsze określenie) punkt Magdy i Kosa - dżungla przy stacji Orlen. Zaraz za Alejami mijam grupkę młodzieży, będącej najwyraźniej po zażyciu środka na odwagę. Decyduję się przypuścić atak od tyłu i dojeżdżając do zakrętu Piastowskiej, znikam w nieznane mi dotąd ciemności.
Ciemności te gęstniały coraz bardziej, przy czym stawały się coraz wyższe, tak że poruszanie się w nich na rowerze przychodziło z pewną trudnością. Wreszcie porzucam mój wierny pojazd i próbuję przebić się do lasu. Mam wrażenie, że jestem pierwszym, który przebija się tą trasą. Z oddali dochodzą mnie bardzo toporne rytmy, jakby bębny tańców wojennych dzikich plemion. Czuję się jakoś nieswojo. Błądzę po - jak zawsze sądziłem - niewielkim lasku, szukając śladów ludzkiej obecności. Ale tylko śladów, a nie samej obecności... Uparty rytm miesza się z krzykami tubylców i szumem samochodów. W głowie zaczyna się dziać coś niedobrego. Krążę bez celu, po pachy w pokrzywach i innej, niezidentyfikowanej roślinności. Bliski obłędu odnajduję w końcu ścieżkę, którą zapewne wydeptali pionierzy Magda i Kosu! Drzewo, deski, kartka - znalazłem!
Opuszczam prędko dziki gąszcz, dopadam roweru i Wiejską uciekam spod oddziaływania muzyki ludzi pierwotnych. Po doświadczeniach z Jaskini Północnej utwierdzam się w przekonaniu, że obrzeża Piastowa zasiedlone są przez ludy nieskalane cywilizacją.
Wiejska wyprowadza mnie na Aleje. Korzystając z nocnej pory jadę "po angielsku". Ścieżką szybkiego ruchu, Alejami i Poznańską, docieram do Żbikowskiej. Tutaj życie wyraźnie zwolniło tempo. Wraca wiejska atmosfera, cisza i spokój. Szyderczy śmiech żab mówi mi, że jestem w pobliżu stawów przy Duchnickiej, gdzie spodziewam się odnaleźć Opuszczony Dom. Skręcam. Światłość prędko mnie opuszcza. Za alleyowym wiaduktem wyłania się samotny kształt żbikowskiej ruiny.
Po odnalezieniu kodu postanawiam zwiedzić nieruchomość. Krajobraz placu budowy. Brak stolarki okiennej i drzwiowej. Surowe ściany i podłogi. Na stropach szczątki czegoś na wzór deskowania. Belki wybiegające w głuchą przestrzeń. Zapadające się balkony i ogródek na dachu. Zamiast schodów - trampolina. W dwóch słowach - nieukończona inwestycja.
Natomiast okolica przedstawia się imponująco. Na horyzoncie światła zasiedlonej części Żbikowa i Moszna, towarzyszka niemal każdej wyprawy. W oddali widzę błyskające pomarańczowe światło i ciemnym dym wznoszący się wysoko, by potem zakręcić w stronę swej przybranej matki, Moszny. Pewnie młodzież pruszkowska przy ognisku ropoczęła długi weekend. Robię zdjęcia. Dziwi mnie tylko spostrzeżenie, że blask ogniska dociera do wierzchołków odległych topoli, a kłęby dymu wyglądają coraz groźniej. Wątpliwości przerwało nagłe wycie syren! Jadę na Żbikowską!
W miejscu, które przed trzydziestoma minutami, gdy jechałem w stronę Duchnickiej, było wzorem sielskiego spokoju, rozgrywa się teraz dramat na dwie straże, psa i ludzi biegających w szlafrokach.
Płonie parterowy dom. Nie ma już prawie dachu budynku. Szalone płomienie zażywają teraz bez skrępowania rześkiego nocnego powietrza i oczyszczają mieszkanie. Trwa beznadziejne poszukiwanie hydrantu. Jakiś pan, który prawdopodobnie wyskoczył dopiero co z łóżka, zdenerwowany biega w kapciach, spodenkach i białym podkoszulku i ciągnie strażaków w stronę 3 Maja, skąd jak twierdzi jeszcze wczoraj czerpał wodę. Obudzone dzieci biegają w piżamach po ulicy. Tymczasem w szeroko rozwartą paszczę smoka leje się wąska strużka wody.
Gdy po piętnastu minutach ogień spustoszył feralne domostwo, zrzedł i ustąpił miejsca szaremu dymowi.
Trzy spóźnione wozy strażackie minąłem dziesięć minut później przy żbikowskim kościele.
Grzesiek